Gavin: Mogłabyś chociaż przymierzyć?
Chris: Nie.
Gavin: Zawsze jesteś taka uparta?
Chris: Miałam tylko popatrzeć na Was. Nie mówiłam nic a nic o tym, że będę jeździć.
Gavin: Skoro już tu jesteś co Ci szkodzi spróbować?
Chris: Nie umiem i nie chcę.
Gavin: Nie zachowuj się jak małe dziecko.
Chris: Wcale się tak nie zachowuję!
Gavin: Czego się więc obawiasz?
Chris: Niczego… po prostu nie planowałam jeździć.
Gavin: Boisz się porażki?
Chris: Porażki? Nie! Najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty.
Gavin: A mi się wydaje, że tchórzysz.
Chris poirytowana: Posłuchaj no, ja niczego się nie boję, a już tym bardziej jakiejś głupiej jazdy na łyżwach.
Gavin: Więc udowodnij mi to.
Chris: Nie muszę Ci niczego udowadniać.
Gavin: Cykooor.
Chris: Dawaj te łyżwy! Nikt nie będzie mi wciskał, że się czegoś boję!
Wybrali się do pobliskiego centrum handlowego. Większość sklepów była zamknięta, ale niektóre mniejsze stoiska ze smakołykami czy drobiazgami były czynne i wabiły swoim skromnym asortymentem. Jak na pierwszy dzień świąt zebrało się całkiem sporo ludzi. Jedni przyszli pojeździć na łyżwach, inni odwiedzić pobliską kawiarnię, a jeszcze inni po prostu pospacerować. Największą popularnością cieszyło się jednak lodowisko, gdzie dominowały rodziny z dziećmi, zakochane pary czy gromadki dzieci, które przyszły rozwiać świąteczna nudę. Z głośników wydobywała się wesoła muzyka, słońce przyjemnie ogrzewało, a panująca świąteczna atmosfera pozwalała zapomnieć o zmartwieniach.
Wybrali się do pobliskiego centrum handlowego. Większość sklepów była zamknięta, ale niektóre mniejsze stoiska ze smakołykami czy drobiazgami były czynne i wabiły swoim skromnym asortymentem. Jak na pierwszy dzień świąt zebrało się całkiem sporo ludzi. Jedni przyszli pojeździć na łyżwach, inni odwiedzić pobliską kawiarnię, a jeszcze inni po prostu pospacerować. Największą popularnością cieszyło się jednak lodowisko, gdzie dominowały rodziny z dziećmi, zakochane pary czy gromadki dzieci, które przyszły rozwiać świąteczna nudę. Z głośników wydobywała się wesoła muzyka, słońce przyjemnie ogrzewało, a panująca świąteczna atmosfera pozwalała zapomnieć o zmartwieniach.
Wybrali się do pobliskiego centrum handlowego. Większość sklepów była zamknięta, ale niektóre mniejsze stoiska ze smakołykami czy drobiazgami były czynne i wabiły swoim skromnym asortymentem. Jak na pierwszy dzień świąt zebrało się całkiem sporo ludzi. Jedni przyszli pojeździć na łyżwach, inni odwiedzić pobliską kawiarnię, a jeszcze inni po prostu pospacerować. Największą popularnością cieszyło się jednak lodowisko, gdzie dominowały rodziny z dziećmi, zakochane pary czy gromadki dzieci, które przyszły rozwiać świąteczna nudę. Z głośników wydobywała się wesoła muzyka, słońce przyjemnie ogrzewało, a panująca świąteczna atmosfera pozwalała zapomnieć o zmartwieniach.
Po dłuższym jęczeniu oraz namowom Chris, Kimberly w końcu odpuściła i postanowiła udać się na święta do rodziców. Stali przed domkiem w pełnym blasku południowego słońca. Mróz lekko szczypał w policzki, ale panująca aura nie pozwała się tym zbytnio przejmować.
Kim: Gdyby coś się działo, pamiętaj żeby dzwonić do mnie od razu.
Chris: Jasne, ale naprawdę wszystko jest ok. Baw się dobrze i pozdrów wszystkich ode mnie.
Kim: Ok. Uważaj na siebie.
Chris: Ty też i jedźcie ostrożnie.
Kim: Zadzwonię jak tylko dojadę. Pa.
Chris: Pa!
Wyściskali się na pożegnanie, spakowali walizki i wsiedli do samochodu. Rozmawiali jeszcze przez krótką chwilę przez otwarte okno przesyłając sobie serdeczności, dopóki Sean nie odpalił silnika. Stary Dodge Charger zagłuszył możliwość dalszej konwersacji. Sean zjechał z podjazdu na ulicę, wykręcił i ruszył z piskiem opon. Pozostali machali im na pożegnanie dopóki samochód nie skręcił na końcu ulicy i nie zniknął im całkowicie z pola widzenia. Chris odwróciła się i spojrzała na Gavina. Uśmiechnęła się pod nosem kiedy zobaczyła, że trzyma rączkę Amy.
Gavin: Masz jakieś plany na dzisiaj?
Chris wzruszyła ramionami.
Chris: Nic konkretnego…
Gavin: Może wybierzesz się z nami na łyżwy?
Chirs: Obawiam się, że nie umiem jeździć…
Amy: Ja też nie umiałam, ale Gavin mnie nauczył. Teraz robię nawet piruety!
Chris: Wow! Umiesz piruety?
Amy spróbowała zaprezentować co nieco ze swoich umiejętności, co tylko wywołało pobłażliwy uśmiech na ich twarzach.
Amy rozczarowana: Na łyżwach wychodzi mi lepiej.
Chris: Chyba muszę zobaczyć to na własne oczy.
Amy radośnie: Ty też będziesz tak umieć! Gavin Ciebie nauczy, prawda?
Spojrzała wyczekująco na Gavina.
Gavin: Oczywiście, jak widać jestem świetnym nauczycielem.
Chris: Na początek wystarczy jak tylko popatrzę…
Amy podskoczył z radości i chwyciła ją za rękę. Nie było już możliwości odwrotu.
Po dłuższym jęczeniu oraz namowom Chris, Kimberly w końcu odpuściła i postanowiła udać się na święta do rodziców. Stali przed domkiem w pełnym blasku południowego słońca. Mróz lekko szczypał w policzki, ale panująca aura nie pozwała się tym zbytnio przejmować.
Kim: Gdyby coś się działo, pamiętaj żeby dzwonić do mnie od razu.
Chris: Jasne, ale naprawdę wszystko jest ok. Baw się dobrze i pozdrów wszystkich ode mnie.
Kim: Ok. Uważaj na siebie.
Chris: Ty też i jedźcie ostrożnie.
Kim: Zadzwonię jak tylko dojadę. Pa.
Chris: Pa!
Wyściskali się na pożegnanie, spakowali walizki i wsiedli do samochodu. Rozmawiali jeszcze przez krótką chwilę przez otwarte okno przesyłając sobie serdeczności, dopóki Sean nie odpalił silnika. Stary Dodge Charger zagłuszył możliwość dalszej konwersacji. Sean zjechał z podjazdu na ulicę, wykręcił i ruszył z piskiem opon. Pozostali machali im na pożegnanie dopóki samochód nie skręcił na końcu ulicy i nie zniknął im całkowicie z pola widzenia. Chris odwróciła się i spojrzała na Gavina. Uśmiechnęła się pod nosem kiedy zobaczyła, że trzyma rączkę Amy.
Gavin: Masz jakieś plany na dzisiaj?
Chris wzruszyła ramionami.
Chris: Nic konkretnego…
Gavin: Może wybierzesz się z nami na łyżwy?
Chirs: Obawiam się, że nie umiem jeździć…
Amy: Ja też nie umiałam, ale Gavin mnie nauczył. Teraz robię nawet piruety!
Chris: Wow! Umiesz piruety?
Amy spróbowała zaprezentować co nieco ze swoich umiejętności, co tylko wywołało pobłażliwy uśmiech na ich twarzach.
Amy rozczarowana: Na łyżwach wychodzi mi lepiej.
Chris: Chyba muszę zobaczyć to na własne oczy.
Amy radośnie: Ty też będziesz tak umieć! Gavin Ciebie nauczy, prawda?
Spojrzała wyczekująco na Gavina.
Gavin: Oczywiście, jak widać jestem świetnym nauczycielem.
Chris: Na początek wystarczy jak tylko popatrzę…
Amy podskoczył z radości i chwyciła ją za rękę. Nie było już możliwości odwrotu.
Po dłuższym jęczeniu oraz namowom Chris, Kimberly w końcu odpuściła i postanowiła udać się na święta do rodziców. Stali przed domkiem w pełnym blasku południowego słońca. Mróz lekko szczypał w policzki, ale panująca aura nie pozwała się tym zbytnio przejmować.
Kim: Gdyby coś się działo, pamiętaj żeby dzwonić do mnie od razu.
Chris: Jasne, ale naprawdę wszystko jest ok. Baw się dobrze i pozdrów wszystkich ode mnie.
Kim: Ok. Uważaj na siebie.
Chris: Ty też i jedźcie ostrożnie.
Kim: Zadzwonię jak tylko dojadę. Pa.
Chris: Pa!
Wyściskali się na pożegnanie, spakowali walizki i wsiedli do samochodu. Rozmawiali jeszcze przez krótką chwilę przez otwarte okno przesyłając sobie serdeczności, dopóki Sean nie odpalił silnika. Stary Dodge Charger zagłuszył możliwość dalszej konwersacji. Sean zjechał z podjazdu na ulicę, wykręcił i ruszył z piskiem opon. Pozostali machali im na pożegnanie dopóki samochód nie skręcił na końcu ulicy i nie zniknął im całkowicie z pola widzenia. Chris odwróciła się i spojrzała na Gavina. Uśmiechnęła się pod nosem kiedy zobaczyła, że trzyma rączkę Amy.
Gavin: Masz jakieś plany na dzisiaj?
Chris wzruszyła ramionami.
Chris: Nic konkretnego…
Gavin: Może wybierzesz się z nami na łyżwy?
Chirs: Obawiam się, że nie umiem jeździć…
Amy: Ja też nie umiałam, ale Gavin mnie nauczył. Teraz robię nawet piruety!
Chris: Wow! Umiesz piruety?
Amy spróbowała zaprezentować co nieco ze swoich umiejętności, co tylko wywołało pobłażliwy uśmiech na ich twarzach.
Amy rozczarowana: Na łyżwach wychodzi mi lepiej.
Chris: Chyba muszę zobaczyć to na własne oczy.
Amy radośnie: Ty też będziesz tak umieć! Gavin Ciebie nauczy, prawda?
Spojrzała wyczekująco na Gavina.
Gavin: Oczywiście, jak widać jestem świetnym nauczycielem.
Chris: Na początek wystarczy jak tylko popatrzę…
Amy podskoczył z radości i chwyciła ją za rękę. Nie było już możliwości odwrotu.
Następnego dnia, około 10:00.
Rozległo się ciche pukanie.
Chris: Proszę.
W drzwiach pojawiła się Kimberly.
Kim: Obudziłam Cię?
Chris: Nie, właśnie wstałam.
Kim: Wyspałaś się?
Chris: Tak, dzięki. A Ty?
Kim: Spałam jak zabita. Sean mnie wczoraj nieźle wymęczył.
Chris: On Ciebie czy Ty jego?
Kim: Hyhyhy… Powiem Ci tylko tyle, że jego drugi prezent też bardzo mu się spodobał.
Chris: Dzięki za oszczędzenie szczegółów.
Kim: Przyniosę Ci zaraz śniadanie, potrzebujesz czegoś jeszcze?
Chris: Jak to? Wy już jedliście? To znaczy, że wszyscy już wstali?
Zerwała się z łóżka w poszukiwaniu swoich ciuchów.
Kim: Tak, ale nie przejmuj się. Odpoczywaj tyle ile potrzebujesz. I tak nic ciekawego się nie dzieje. Pani Potter z Amy poszły do kościoła, a Sean z Gavinem siedzą na dole i gadają o muzyce… same nudy.
Chris: Teraz mi głupio że tak długo spałam. Zaraz… Gavin wciąż tu jest?
Kim: Tak… a co?
Chris: Nie, nic…
Kim: Znowu dramatyzujesz?
Chris: Nie… *wzruszyła ramionami* Tak zapytałam. A co z Twoim wyjazdem do rodziców?
Kim: Już Ci mówiłam.
Chris: Kimie, nie musisz ze względu na mnie zmieniać swoich planów. Czuję się świetnie.
Kim: Mhm.
Chris: Mówię poważnie, jestem okazem zdrowia. To tylko kilka dni, dam sobie radę.
Kim: Zastanowię się. Przyniosę Ci śniadanie zanim weźmiesz prysznic.
Chris: Ok. A możesz pożyczyć mi jakieś ciuchy? Mam tylko wczorajszą sukienkę.
Kim: Z tym akurat da się coś zrobić. Na dole zostawiłam walizkę, więc zaraz coś Ci znajdę.
Chris: Kimie… ale pojedziesz później do rodziców?
Kim: Tylko jeśli będę wiedzieć, że nic Ci nie będzie.
Chris: Ok.
Kim: Zaraz wracam.
Skierowała się do drzwi i sięgnęła po klamkę.
Chris: Zaczekaj! Tylko nie przynoś nic…wyszukanego. To znaczy dżinsy i zwykła bluza, najlepiej czarna, żadnych dekoltów i tym podobnych.
Kim: Nie obrażaj mnie. Widziałaś mnie kiedyś w bluzie?
Rzuciła przez ramię i wyszła z pokoju.
Następnego dnia, około 10:00.
Rozległo się ciche pukanie.
Chris: Proszę.
W drzwiach pojawiła się Kimberly.
Kim: Obudziłam Cię?
Chris: Nie, właśnie wstałam.
Kim: Wyspałaś się?
Chris: Tak, dzięki. A Ty?
Kim: Spałam jak zabita. Sean mnie wczoraj nieźle wymęczył.
Chris: On Ciebie czy Ty jego?
Kim: Hyhyhy… Powiem Ci tylko tyle, że jego drugi prezent też bardzo mu się spodobał.
Chris: Dzięki za oszczędzenie szczegółów.
Kim: Przyniosę Ci zaraz śniadanie, potrzebujesz czegoś jeszcze?
Chris: Jak to? Wy już jedliście? To znaczy, że wszyscy już wstali?
Zerwała się z łóżka w poszukiwaniu swoich ciuchów.
Kim: Tak, ale nie przejmuj się. Odpoczywaj tyle ile potrzebujesz. I tak nic ciekawego się nie dzieje. Pani Potter z Amy poszły do kościoła, a Sean z Gavinem siedzą na dole i gadają o muzyce… same nudy.
Chris: Teraz mi głupio że tak długo spałam. Zaraz… Gavin wciąż tu jest?
Kim: Tak… a co?
Chris: Nie, nic…
Kim: Znowu dramatyzujesz?
Chris: Nie… *wzruszyła ramionami* Tak zapytałam. A co z Twoim wyjazdem do rodziców?
Kim: Już Ci mówiłam.
Chris: Kimie, nie musisz ze względu na mnie zmieniać swoich planów. Czuję się świetnie.
Kim: Mhm.
Chris: Mówię poważnie, jestem okazem zdrowia. To tylko kilka dni, dam sobie radę.
Kim: Zastanowię się. Przyniosę Ci śniadanie zanim weźmiesz prysznic.
Chris: Ok. A możesz pożyczyć mi jakieś ciuchy? Mam tylko wczorajszą sukienkę.
Kim: Z tym akurat da się coś zrobić. Na dole zostawiłam walizkę, więc zaraz coś Ci znajdę.
Chris: Kimie… ale pojedziesz później do rodziców?
Kim: Tylko jeśli będę wiedzieć, że nic Ci nie będzie.
Chris: Ok.
Kim: Zaraz wracam.
Skierowała się do drzwi i sięgnęła po klamkę.
Chris: Zaczekaj! Tylko nie przynoś nic…wyszukanego. To znaczy dżinsy i zwykła bluza, najlepiej czarna, żadnych dekoltów i tym podobnych.
Kim: Nie obrażaj mnie. Widziałaś mnie kiedyś w bluzie?
Rzuciła przez ramię i wyszła z pokoju.
Następnego dnia, około 10:00.
Rozległo się ciche pukanie.
Chris: Proszę.
W drzwiach pojawiła się Kimberly.
Kim: Obudziłam Cię?
Chris: Nie, właśnie wstałam.
Kim: Wyspałaś się?
Chris: Tak, dzięki. A Ty?
Kim: Spałam jak zabita. Sean mnie wczoraj nieźle wymęczył.
Chris: On Ciebie czy Ty jego?
Kim: Hyhyhy… Powiem Ci tylko tyle, że jego drugi prezent też bardzo mu się spodobał.
Chris: Dzięki za oszczędzenie szczegółów.
Kim: Przyniosę Ci zaraz śniadanie, potrzebujesz czegoś jeszcze?
Chris: Jak to? Wy już jedliście? To znaczy, że wszyscy już wstali?
Zerwała się z łóżka w poszukiwaniu swoich ciuchów.
Kim: Tak, ale nie przejmuj się. Odpoczywaj tyle ile potrzebujesz. I tak nic ciekawego się nie dzieje. Pani Potter z Amy poszły do kościoła, a Sean z Gavinem siedzą na dole i gadają o muzyce… same nudy.
Chris: Teraz mi głupio że tak długo spałam. Zaraz… Gavin wciąż tu jest?
Kim: Tak… a co?
Chris: Nie, nic…
Kim: Znowu dramatyzujesz?
Chris: Nie… *wzruszyła ramionami* Tak zapytałam. A co z Twoim wyjazdem do rodziców?
Kim: Już Ci mówiłam.
Chris: Kimie, nie musisz ze względu na mnie zmieniać swoich planów. Czuję się świetnie.
Kim: Mhm.
Chris: Mówię poważnie, jestem okazem zdrowia. To tylko kilka dni, dam sobie radę.
Kim: Zastanowię się. Przyniosę Ci śniadanie zanim weźmiesz prysznic.
Chris: Ok. A możesz pożyczyć mi jakieś ciuchy? Mam tylko wczorajszą sukienkę.
Kim: Z tym akurat da się coś zrobić. Na dole zostawiłam walizkę, więc zaraz coś Ci znajdę.
Chris: Kimie… ale pojedziesz później do rodziców?
Kim: Tylko jeśli będę wiedzieć, że nic Ci nie będzie.
Chris: Ok.
Kim: Zaraz wracam.
Skierowała się do drzwi i sięgnęła po klamkę.
Chris: Zaczekaj! Tylko nie przynoś nic…wyszukanego. To znaczy dżinsy i zwykła bluza, najlepiej czarna, żadnych dekoltów i tym podobnych.
Kim: Nie obrażaj mnie. Widziałaś mnie kiedyś w bluzie?
Rzuciła przez ramię i wyszła z pokoju.

















































































