Stał odwrócony do niej plecami. Nie ulegało wątpliwości, że mieli ten sam cel, więc to mogło oznaczać tylko jedno – walkę. W jej dłoniach błysnęły trójzębne sztylety, zwane sai. Zanim się odwrócił przyjęła bojową pozycję. Tajemniczy jegomość westchnął głęboko.
Z: Możesz jeszcze odejść.
Ch: Odejdę, jeśli wezmę to, co potrzebuję.
Z: I tu pojawia się problem, bo widzisz mi też jest to bardzo potrzebne. Zastanów się dobrze. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Ch: Nie będzie potrzebna. Albo oddasz mi ten dokument dobrowolnie, albo szykuj się do walki.
Roześmiał się cicho, co jeszcze bardziej ją poirytowało. Już sama propozycja była bezczelna, a co dopiero mówić o jego kpiarskim uśmieszku. Zacisnęła mocniej dłonie na rękojeściach sai. Zaraz zetrze mu ten głupi uśmieszek z twarzy.
Z: Jak sobie życzysz, ale będziesz tego żałować.
Wyciągnął zza pasa dwa zagięte sztylety. Pierwszy raz widziała takie na oczy. Podobne do maczety, ale znacznie krótsze i z ostrymi końcami. Walka zapowiadała się interesująco. Zmieniła pozycję i dała mu zapraszając gest.
Tag: simblr
Księżyc świecił już wysoko. Większość zacnych mieszkańców Winderburga dawno siedziała w domach, ogrzewając się przy palenisku i bawiąc pacholęta. O tej porze jedynie szemrane towarzystwo wylegało na ulice. Bez większych problemów można było natknąć się na rabusiów, kurwy albo… złodziei.
Czekała. Obserwowała przeciwległy budynek od dłuższego czasu. Światła dawno już zgasły, ale wolała jeszcze poczekać zanim wejdzie do środka, dopóki domowników nie zmorzy ciężki sen. Za plecami usłyszała ciche kroki.
Ch: Spóźniłeś się.
L: Musiałem jeszcze załatwić coś po drodze.
Ch: Wypić piwo z kumplami?
Spojrzała na niego wymownie, dając do zrozumienia że na odległość czuje alkohol.
L: Niektóre umowy muszą być odpowiednio przypieczętowane… Inaczej tracą na ważności.
Przewróciła oczami.
Ch: I niby jak masz zamiar mnie ubezpieczać? Cuchniesz na kilometr.
L: Zmysły w dalszym ciągu mam wyczulone.
Ch: Innym nie będą potrzebne Twoje specjalne zmysły, żeby wiedzieć że się zbliżasz. Będzie lepiej jak pójdę sama. Zostań tu i czekaj na mnie.
L: Jak chcesz.
Wiedział, że nie ma sensu polemizować. Zawsze odwalała brudną robotę w pojedynkę. On jedynie zabezpieczał tyły i służył za pośrednika: załatwiał zlecenia, odbierał towar, a później wymieniał go na pełną sakiewkę. Szybka oraz prosta robota. Oczywiście zdarzały się czasami komplikacje, na przykład klient nie chciał wypłacić pełnej sumy albo wydziwiał w kwestii towaru, ale Logan miał na to swoje sposoby. Zawsze znalazł się jakiś dobry argument. Zazwyczaj bardzo ciężki argument. Tak ciężki jak jego pięść.
Księżyc świecił już wysoko. Większość zacnych mieszkańców Winderburga dawno siedziała w domach, ogrzewając się przy palenisku i bawiąc pacholęta. O tej porze jedynie szemrane towarzystwo wylegało na ulice. Bez większych problemów można było natknąć się na rabusiów, kurwy albo… złodziei.
Czekała. Obserwowała przeciwległy budynek od dłuższego czasu. Światła dawno już zgasły, ale wolała jeszcze poczekać zanim wejdzie do środka, dopóki domowników nie zmorzy ciężki sen. Za plecami usłyszała ciche kroki.
Ch: Spóźniłeś się.
L: Musiałem jeszcze załatwić coś po drodze.
Ch: Wypić piwo z kumplami?
Spojrzała na niego wymownie, dając do zrozumienia że na odległość czuje alkohol.
L: Niektóre umowy muszą być odpowiednio przypieczętowane… Inaczej tracą na ważności.
Przewróciła oczami.
Ch: I niby jak masz zamiar mnie ubezpieczać? Cuchniesz na kilometr.
L: Zmysły w dalszym ciągu mam wyczulone.
Ch: Innym nie będą potrzebne Twoje specjalne zmysły, żeby wiedzieć że się zbliżasz. Będzie lepiej jak pójdę sama. Zostań tu i czekaj na mnie.
L: Jak chcesz.
Wiedział, że nie ma sensu polemizować. Zawsze odwalała brudną robotę w pojedynkę. On jedynie zabezpieczał tyły i służył za pośrednika: załatwiał zlecenia, odbierał towar, a później wymieniał go na pełną sakiewkę. Szybka oraz prosta robota. Oczywiście zdarzały się czasami komplikacje, na przykład klient nie chciał wypłacić pełnej sumy albo wydziwiał w kwestii towaru, ale Logan miał na to swoje sposoby. Zawsze znalazł się jakiś dobry argument. Zazwyczaj bardzo ciężki argument. Tak ciężki jak jego pięść.
Księżyc świecił już wysoko. Większość zacnych mieszkańców Winderburga dawno siedziała w domach, ogrzewając się przy palenisku i bawiąc pacholęta. O tej porze jedynie szemrane towarzystwo wylegało na ulice. Bez większych problemów można było natknąć się na rabusiów, kurwy albo… złodziei.
Czekała. Obserwowała przeciwległy budynek od dłuższego czasu. Światła dawno już zgasły, ale wolała jeszcze poczekać zanim wejdzie do środka, dopóki domowników nie zmorzy ciężki sen. Za plecami usłyszała ciche kroki.
Ch: Spóźniłeś się.
L: Musiałem jeszcze załatwić coś po drodze.
Ch: Wypić piwo z kumplami?
Spojrzała na niego wymownie, dając do zrozumienia że na odległość czuje alkohol.
L: Niektóre umowy muszą być odpowiednio przypieczętowane… Inaczej tracą na ważności.
Przewróciła oczami.
Ch: I niby jak masz zamiar mnie ubezpieczać? Cuchniesz na kilometr.
L: Zmysły w dalszym ciągu mam wyczulone.
Ch: Innym nie będą potrzebne Twoje specjalne zmysły, żeby wiedzieć że się zbliżasz. Będzie lepiej jak pójdę sama. Zostań tu i czekaj na mnie.
L: Jak chcesz.
Wiedział, że nie ma sensu polemizować. Zawsze odwalała brudną robotę w pojedynkę. On jedynie zabezpieczał tyły i służył za pośrednika: załatwiał zlecenia, odbierał towar, a później wymieniał go na pełną sakiewkę. Szybka oraz prosta robota. Oczywiście zdarzały się czasami komplikacje, na przykład klient nie chciał wypłacić pełnej sumy albo wydziwiał w kwestii towaru, ale Logan miał na to swoje sposoby. Zawsze znalazł się jakiś dobry argument. Zazwyczaj bardzo ciężki argument. Tak ciężki jak jego pięść.
Zbierała rozsypane jabłka, przy okazji zapewniając kramarza, że za nie na pewno zapłaci. Sięgała właśnie po kolejne, kiedy padł na nią długi cień. Spojrzała do góry i zobaczyła znajomą twarz… czy raczej znajomy, wredny pysk.
L: Nie powinnaś być dla niego milsza? W końcu Ty też dorastałaś na ulicach Windenburgu.
Ch: Moje współczucie nic mu nie pomoże. Jedynie dobra nauczka na przyszłość jest odpowiednią lekcją. Z takimi umiejętnościami daleko nie zajdzie, więc lepiej żeby nie miał złudzeń. Albo się wyćwiczy, albo ktoś szybko utnie mu te niezgrabne łapy.
L: Z tego co pamiętam Tobie na początku szło niewiele lepiej.
Wstała i spojrzała mu w oczy.
Ch: Tak? Mnie przynajmniej nikt za rękę nie złapał.
L: Jesteś niesprawiedliwa. Rzadko trafia się na drugiego złodzieja.
Ch: Mylisz się. To świat jest niesprawiedliwy…
L: Ach! Najlepiej umyć ręce i zwalić wszystko na resztę świata. Pomyślałaś przez chwilę, że cała sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybyś postąpiła inaczej? Mogłabyś mu pomóc, na przykład dać sobie ukraść tę sakiewkę. Dla Ciebie byłaby to niewielka strata, a dla niego…
Ch: I mam to robić za każdym razem, kiedy jakiś wyskrobek będzie próbował mnie okraść? Całego świata nie zbawię. Wolę nie dawać złudnych nadziei na lepszy los komuś, kto tkwi w gównie po same uszy. Tak samo nie mam wpływu na chędożoną sprawiedliwość tego świata.
L: Trzeba zacząć od małych rzeczy…
Przerwała mu zanim pociągnął dalej swój umoralniający wywód.
Ch: Szukałeś mnie? Czy tak po prostu przyszedłeś pieprzyć farmazony?
Na jego miejscu każdy inny obraziłby się słysząc takie słowa, ale znali się zbyt długo, żeby zawracać sobie głowę konwenansami.
L: Jest mała robota.
Ch: Opłacalna?
L: Inaczej bym nie proponował. Chodźmy w jakieś ustronniejsze miejsce, żebym mógł Ci zdradzić szczegóły.
Zbierała rozsypane jabłka, przy okazji zapewniając kramarza, że za nie na pewno zapłaci. Sięgała właśnie po kolejne, kiedy padł na nią długi cień. Spojrzała do góry i zobaczyła znajomą twarz… czy raczej znajomy, wredny pysk.
L: Nie powinnaś być dla niego milsza? W końcu Ty też dorastałaś na ulicach Windenburgu.
Ch: Moje współczucie nic mu nie pomoże. Jedynie dobra nauczka na przyszłość jest odpowiednią lekcją. Z takimi umiejętnościami daleko nie zajdzie, więc lepiej żeby nie miał złudzeń. Albo się wyćwiczy, albo ktoś szybko utnie mu te niezgrabne łapy.
L: Z tego co pamiętam Tobie na początku szło niewiele lepiej.
Wstała i spojrzała mu w oczy.
Ch: Tak? Mnie przynajmniej nikt za rękę nie złapał.
L: Jesteś niesprawiedliwa. Rzadko trafia się na drugiego złodzieja.
Ch: Mylisz się. To świat jest niesprawiedliwy…
L: Ach! Najlepiej umyć ręce i zwalić wszystko na resztę świata. Pomyślałaś przez chwilę, że cała sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybyś postąpiła inaczej? Mogłabyś mu pomóc, na przykład dać sobie ukraść tę sakiewkę. Dla Ciebie byłaby to niewielka strata, a dla niego…
Ch: I mam to robić za każdym razem, kiedy jakiś wyskrobek będzie próbował mnie okraść? Całego świata nie zbawię. Wolę nie dawać złudnych nadziei na lepszy los komuś, kto tkwi w gównie po same uszy. Tak samo nie mam wpływu na chędożoną sprawiedliwość tego świata.
L: Trzeba zacząć od małych rzeczy…
Przerwała mu zanim pociągnął dalej swój umoralniający wywód.
Ch: Szukałeś mnie? Czy tak po prostu przyszedłeś pieprzyć farmazony?
Na jego miejscu każdy inny obraziłby się słysząc takie słowa, ale znali się zbyt długo, żeby zawracać sobie głowę konwenansami.
L: Jest mała robota.
Ch: Opłacalna?
L: Inaczej bym nie proponował. Chodźmy w jakieś ustronniejsze miejsce, żebym mógł Ci zdradzić szczegóły.
Zbierała rozsypane jabłka, przy okazji zapewniając kramarza, że za nie na pewno zapłaci. Sięgała właśnie po kolejne, kiedy padł na nią długi cień. Spojrzała do góry i zobaczyła znajomą twarz… czy raczej znajomy, wredny pysk.
L: Nie powinnaś być dla niego milsza? W końcu Ty też dorastałaś na ulicach Windenburgu.
Ch: Moje współczucie nic mu nie pomoże. Jedynie dobra nauczka na przyszłość jest odpowiednią lekcją. Z takimi umiejętnościami daleko nie zajdzie, więc lepiej żeby nie miał złudzeń. Albo się wyćwiczy, albo ktoś szybko utnie mu te niezgrabne łapy.
L: Z tego co pamiętam Tobie na początku szło niewiele lepiej.
Wstała i spojrzała mu w oczy.
Ch: Tak? Mnie przynajmniej nikt za rękę nie złapał.
L: Jesteś niesprawiedliwa. Rzadko trafia się na drugiego złodzieja.
Ch: Mylisz się. To świat jest niesprawiedliwy…
L: Ach! Najlepiej umyć ręce i zwalić wszystko na resztę świata. Pomyślałaś przez chwilę, że cała sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybyś postąpiła inaczej? Mogłabyś mu pomóc, na przykład dać sobie ukraść tę sakiewkę. Dla Ciebie byłaby to niewielka strata, a dla niego…
Ch: I mam to robić za każdym razem, kiedy jakiś wyskrobek będzie próbował mnie okraść? Całego świata nie zbawię. Wolę nie dawać złudnych nadziei na lepszy los komuś, kto tkwi w gównie po same uszy. Tak samo nie mam wpływu na chędożoną sprawiedliwość tego świata.
L: Trzeba zacząć od małych rzeczy…
Przerwała mu zanim pociągnął dalej swój umoralniający wywód.
Ch: Szukałeś mnie? Czy tak po prostu przyszedłeś pieprzyć farmazony?
Na jego miejscu każdy inny obraziłby się słysząc takie słowa, ale znali się zbyt długo, żeby zawracać sobie głowę konwenansami.
L: Jest mała robota.
Ch: Opłacalna?
L: Inaczej bym nie proponował. Chodźmy w jakieś ustronniejsze miejsce, żebym mógł Ci zdradzić szczegóły.
W Windenburgu w dalszym ciągu panowała zima, ale w powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę. Promienie przedpołudniowego słońca rozpraszały poranny chłód. Na targu powoli robiło się tłoczno oraz gwarno. Stragany kusiły z każdej strony bogactwem towarów, a biedniejsza klientela wykłócała się o każdego talara. Przystanęła przy koszu z jabłkami i podniosła jedno zbliżając do nosa. Zachwyciła się jego aromatem, więc zaczęła wybierać co ładniejsze sztuki. Kramarz akurat obsługiwał inną klientkę, więc nie naprzykrzał się zbytnio zachwalaniem pozostałych towarów. Nagle poczuła lekkie muśnięcie w okolicy talii. Odwróciła się bez zastanowienia, machinalnie łapiąc napastnika za rękę. Jabłka które do tej pory trzymała z głuchym odgłosem rozsypały się na ziemi.
Ch: Zgubiłeś tu coś?
M: Jaaaa… tylko chciałem sięgnąć po jabłka…
Ch: Po jabłka czy moją sakiewkę?
M: Ale jaśnie panienko, jak Boga kocham, nic takiego nie miałem na myśli… ja tylko chciałem jabłko.
Ch: I jeszcze próbujesz mnie oszukać?
Ścisnęła go mocniej za rękę.
M: Aaaa… jaśnie panienko… to boli! Proszę puścić.
Zaczął się szamotać i szlochać próbując wywinąć z jej żelaznego uścisku. Karczmarz z tyłu coś pokrzykiwał o rozsypanych jabłkach i odgrażał się, że będzie musiała za nie zapłacić. Robiło się coraz większe zamieszanie, a przechodnie popatrywali na nich z zainteresowaniem. Nie mogła sobie na to pozwolić.
Ch: Tym razem puszczę Ci to płazem… z sentymentu. Ale zanim odejdziesz dam Ci dobrą radę na przyszłość: trzymaj się ode mnie z daleka i kradnij tylko w tłumie.
Rozluźniła uścisk puszczając chłopaka wolno. Potarł nerwowo przedramię, spojrzał na nią z przerażeniem i wziął nogi za pas. Odprowadziła go wzrokiem dopóki nie zniknął w przeciwległym zaułku. Schyliła się po jabłka, które upuściła wcześniej. Nadawały się już tylko na kompot.







































































