Zbierała rozsypane jabłka, przy okazji zapewniając kramarza, że za nie na pewno zapłaci. Sięgała właśnie po kolejne, kiedy padł na nią długi cień. Spojrzała do góry i zobaczyła znajomą twarz… czy raczej znajomy, wredny pysk. 
L: Nie powinnaś być dla niego milsza? W końcu Ty też dorastałaś na ulicach Windenburgu.
Ch: Moje współczucie nic mu nie pomoże. Jedynie dobra nauczka na przyszłość jest odpowiednią lekcją. Z takimi umiejętnościami daleko nie zajdzie, więc lepiej żeby nie miał złudzeń. Albo się wyćwiczy, albo ktoś szybko utnie mu te niezgrabne łapy.
L: Z tego co pamiętam Tobie na początku szło niewiele lepiej.
Wstała i spojrzała mu w oczy. 
Ch: Tak? Mnie przynajmniej nikt za rękę nie złapał.
L: Jesteś niesprawiedliwa. Rzadko trafia się na drugiego złodzieja. 
Ch: Mylisz się. To świat jest niesprawiedliwy… 
L: Ach! Najlepiej umyć ręce i zwalić wszystko na resztę świata.  Pomyślałaś przez chwilę, że cała sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybyś postąpiła inaczej? Mogłabyś mu pomóc, na przykład dać sobie ukraść tę sakiewkę. Dla Ciebie byłaby to niewielka strata, a dla niego…
Ch: I mam to robić za każdym razem, kiedy jakiś wyskrobek będzie próbował mnie okraść? Całego świata nie zbawię. Wolę nie dawać złudnych nadziei na lepszy los komuś, kto tkwi w gównie po same uszy. Tak samo nie mam wpływu na chędożoną sprawiedliwość tego świata. 
L: Trzeba zacząć od małych rzeczy… 
Przerwała mu zanim pociągnął dalej swój umoralniający wywód. 
Ch: Szukałeś mnie? Czy tak po prostu przyszedłeś pieprzyć farmazony?
Na jego miejscu każdy inny obraziłby się słysząc takie słowa, ale znali się zbyt długo, żeby zawracać sobie głowę konwenansami. 
L: Jest mała robota. 
Ch: Opłacalna?
L: Inaczej bym nie proponował. Chodźmy w jakieś ustronniejsze miejsce, żebym mógł Ci zdradzić szczegóły.


Zbierała rozsypane jabłka, przy okazji zapewniając kramarza, że za nie na pewno zapłaci. Sięgała właśnie po kolejne, kiedy padł na nią długi cień. Spojrzała do góry i zobaczyła znajomą twarz… czy raczej znajomy, wredny pysk. 
L: Nie powinnaś być dla niego milsza? W końcu Ty też dorastałaś na ulicach Windenburgu.
Ch: Moje współczucie nic mu nie pomoże. Jedynie dobra nauczka na przyszłość jest odpowiednią lekcją. Z takimi umiejętnościami daleko nie zajdzie, więc lepiej żeby nie miał złudzeń. Albo się wyćwiczy, albo ktoś szybko utnie mu te niezgrabne łapy.
L: Z tego co pamiętam Tobie na początku szło niewiele lepiej.
Wstała i spojrzała mu w oczy. 
Ch: Tak? Mnie przynajmniej nikt za rękę nie złapał.
L: Jesteś niesprawiedliwa. Rzadko trafia się na drugiego złodzieja. 
Ch: Mylisz się. To świat jest niesprawiedliwy… 
L: Ach! Najlepiej umyć ręce i zwalić wszystko na resztę świata.  Pomyślałaś przez chwilę, że cała sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybyś postąpiła inaczej? Mogłabyś mu pomóc, na przykład dać sobie ukraść tę sakiewkę. Dla Ciebie byłaby to niewielka strata, a dla niego…
Ch: I mam to robić za każdym razem, kiedy jakiś wyskrobek będzie próbował mnie okraść? Całego świata nie zbawię. Wolę nie dawać złudnych nadziei na lepszy los komuś, kto tkwi w gównie po same uszy. Tak samo nie mam wpływu na chędożoną sprawiedliwość tego świata. 
L: Trzeba zacząć od małych rzeczy… 
Przerwała mu zanim pociągnął dalej swój umoralniający wywód. 
Ch: Szukałeś mnie? Czy tak po prostu przyszedłeś pieprzyć farmazony?
Na jego miejscu każdy inny obraziłby się słysząc takie słowa, ale znali się zbyt długo, żeby zawracać sobie głowę konwenansami. 
L: Jest mała robota. 
Ch: Opłacalna?
L: Inaczej bym nie proponował. Chodźmy w jakieś ustronniejsze miejsce, żebym mógł Ci zdradzić szczegóły.


Zbierała rozsypane jabłka, przy okazji zapewniając kramarza, że za nie na pewno zapłaci. Sięgała właśnie po kolejne, kiedy padł na nią długi cień. Spojrzała do góry i zobaczyła znajomą twarz… czy raczej znajomy, wredny pysk. 
L: Nie powinnaś być dla niego milsza? W końcu Ty też dorastałaś na ulicach Windenburgu.
Ch: Moje współczucie nic mu nie pomoże. Jedynie dobra nauczka na przyszłość jest odpowiednią lekcją. Z takimi umiejętnościami daleko nie zajdzie, więc lepiej żeby nie miał złudzeń. Albo się wyćwiczy, albo ktoś szybko utnie mu te niezgrabne łapy.
L: Z tego co pamiętam Tobie na początku szło niewiele lepiej.
Wstała i spojrzała mu w oczy. 
Ch: Tak? Mnie przynajmniej nikt za rękę nie złapał.
L: Jesteś niesprawiedliwa. Rzadko trafia się na drugiego złodzieja. 
Ch: Mylisz się. To świat jest niesprawiedliwy… 
L: Ach! Najlepiej umyć ręce i zwalić wszystko na resztę świata.  Pomyślałaś przez chwilę, że cała sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybyś postąpiła inaczej? Mogłabyś mu pomóc, na przykład dać sobie ukraść tę sakiewkę. Dla Ciebie byłaby to niewielka strata, a dla niego…
Ch: I mam to robić za każdym razem, kiedy jakiś wyskrobek będzie próbował mnie okraść? Całego świata nie zbawię. Wolę nie dawać złudnych nadziei na lepszy los komuś, kto tkwi w gównie po same uszy. Tak samo nie mam wpływu na chędożoną sprawiedliwość tego świata. 
L: Trzeba zacząć od małych rzeczy… 
Przerwała mu zanim pociągnął dalej swój umoralniający wywód. 
Ch: Szukałeś mnie? Czy tak po prostu przyszedłeś pieprzyć farmazony?
Na jego miejscu każdy inny obraziłby się słysząc takie słowa, ale znali się zbyt długo, żeby zawracać sobie głowę konwenansami. 
L: Jest mała robota. 
Ch: Opłacalna?
L: Inaczej bym nie proponował. Chodźmy w jakieś ustronniejsze miejsce, żebym mógł Ci zdradzić szczegóły.


W Windenburgu w dalszym ciągu panowała zima, ale w powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę. Promienie przedpołudniowego słońca rozpraszały poranny chłód. Na targu powoli robiło się tłoczno oraz gwarno. Stragany kusiły z każdej strony bogactwem towarów, a biedniejsza klientela wykłócała się o każdego talara. Przystanęła przy koszu z jabłkami i podniosła jedno zbliżając do nosa. Zachwyciła się jego aromatem, więc zaczęła wybierać co ładniejsze sztuki. Kramarz akurat obsługiwał inną klientkę, więc nie naprzykrzał się zbytnio zachwalaniem pozostałych towarów. Nagle poczuła lekkie muśnięcie w okolicy talii. Odwróciła się bez zastanowienia, machinalnie łapiąc napastnika za rękę. Jabłka które do tej pory trzymała z głuchym odgłosem rozsypały się na ziemi.
Ch: Zgubiłeś tu coś?
M: Jaaaa… tylko chciałem sięgnąć po jabłka…
Ch: Po jabłka czy moją sakiewkę?
M: Ale jaśnie panienko, jak Boga kocham, nic takiego nie miałem na myśli… ja tylko chciałem jabłko.
Ch: I jeszcze próbujesz mnie oszukać?
Ścisnęła go mocniej za rękę.
M: Aaaa… jaśnie panienko… to boli! Proszę puścić.
Zaczął się szamotać i szlochać próbując wywinąć z jej żelaznego uścisku. Karczmarz z tyłu coś pokrzykiwał o rozsypanych jabłkach i odgrażał się, że będzie musiała za nie zapłacić. Robiło się coraz większe zamieszanie, a przechodnie popatrywali na nich z zainteresowaniem. Nie mogła sobie na to pozwolić.
Ch: Tym razem puszczę Ci to płazem… z sentymentu. Ale zanim odejdziesz dam Ci dobrą radę na przyszłość: trzymaj się ode mnie z daleka i  kradnij tylko w tłumie.
Rozluźniła uścisk puszczając chłopaka wolno. Potarł nerwowo przedramię, spojrzał na nią z przerażeniem i wziął nogi za pas. Odprowadziła go wzrokiem dopóki nie zniknął w przeciwległym zaułku. Schyliła się po jabłka, które upuściła wcześniej. Nadawały się już tylko na kompot.



W Windenburgu w dalszym ciągu panowała zima, ale w powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę. Promienie przedpołudniowego słońca rozpraszały poranny chłód. Na targu powoli robiło się tłoczno oraz gwarno. Stragany kusiły z każdej strony bogactwem towarów, a biedniejsza klientela wykłócała się o każdego talara. Przystanęła przy koszu z jabłkami i podniosła jedno zbliżając do nosa. Zachwyciła się jego aromatem, więc zaczęła wybierać co ładniejsze sztuki. Kramarz akurat obsługiwał inną klientkę, więc nie naprzykrzał się zbytnio zachwalaniem pozostałych towarów. Nagle poczuła lekkie muśnięcie w okolicy talii. Odwróciła się bez zastanowienia, machinalnie łapiąc napastnika za rękę. Jabłka które do tej pory trzymała z głuchym odgłosem rozsypały się na ziemi.
Ch: Zgubiłeś tu coś?
M: Jaaaa… tylko chciałem sięgnąć po jabłka…
Ch: Po jabłka czy moją sakiewkę?
M: Ale jaśnie panienko, jak Boga kocham, nic takiego nie miałem na myśli… ja tylko chciałem jabłko.
Ch: I jeszcze próbujesz mnie oszukać?
Ścisnęła go mocniej za rękę.
M: Aaaa… jaśnie panienko… to boli! Proszę puścić.
Zaczął się szamotać i szlochać próbując wywinąć z jej żelaznego uścisku. Karczmarz z tyłu coś pokrzykiwał o rozsypanych jabłkach i odgrażał się, że będzie musiała za nie zapłacić. Robiło się coraz większe zamieszanie, a przechodnie popatrywali na nich z zainteresowaniem. Nie mogła sobie na to pozwolić.
Ch: Tym razem puszczę Ci to płazem… z sentymentu. Ale zanim odejdziesz dam Ci dobrą radę na przyszłość: trzymaj się ode mnie z daleka i  kradnij tylko w tłumie.
Rozluźniła uścisk puszczając chłopaka wolno. Potarł nerwowo przedramię, spojrzał na nią z przerażeniem i wziął nogi za pas. Odprowadziła go wzrokiem dopóki nie zniknął w przeciwległym zaułku. Schyliła się po jabłka, które upuściła wcześniej. Nadawały się już tylko na kompot.



W Windenburgu w dalszym ciągu panowała zima, ale w powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę. Promienie przedpołudniowego słońca rozpraszały poranny chłód. Na targu powoli robiło się tłoczno oraz gwarno. Stragany kusiły z każdej strony bogactwem towarów, a biedniejsza klientela wykłócała się o każdego talara. Przystanęła przy koszu z jabłkami i podniosła jedno zbliżając do nosa. Zachwyciła się jego aromatem, więc zaczęła wybierać co ładniejsze sztuki. Kramarz akurat obsługiwał inną klientkę, więc nie naprzykrzał się zbytnio zachwalaniem pozostałych towarów. Nagle poczuła lekkie muśnięcie w okolicy talii. Odwróciła się bez zastanowienia, machinalnie łapiąc napastnika za rękę. Jabłka które do tej pory trzymała z głuchym odgłosem rozsypały się na ziemi.
Ch: Zgubiłeś tu coś?
M: Jaaaa… tylko chciałem sięgnąć po jabłka…
Ch: Po jabłka czy moją sakiewkę?
M: Ale jaśnie panienko, jak Boga kocham, nic takiego nie miałem na myśli… ja tylko chciałem jabłko.
Ch: I jeszcze próbujesz mnie oszukać?
Ścisnęła go mocniej za rękę.
M: Aaaa… jaśnie panienko… to boli! Proszę puścić.
Zaczął się szamotać i szlochać próbując wywinąć z jej żelaznego uścisku. Karczmarz z tyłu coś pokrzykiwał o rozsypanych jabłkach i odgrażał się, że będzie musiała za nie zapłacić. Robiło się coraz większe zamieszanie, a przechodnie popatrywali na nich z zainteresowaniem. Nie mogła sobie na to pozwolić.
Ch: Tym razem puszczę Ci to płazem… z sentymentu. Ale zanim odejdziesz dam Ci dobrą radę na przyszłość: trzymaj się ode mnie z daleka i  kradnij tylko w tłumie.
Rozluźniła uścisk puszczając chłopaka wolno. Potarł nerwowo przedramię, spojrzał na nią z przerażeniem i wziął nogi za pas. Odprowadziła go wzrokiem dopóki nie zniknął w przeciwległym zaułku. Schyliła się po jabłka, które upuściła wcześniej. Nadawały się już tylko na kompot.


Kiedy wyszli z kawiarni było już całkowicie ciemno. Zaczął padać drobny śnieg, który pokrywał wszystko swoją bielą, zachłannie pochłaniając ciemność.Trafiając za kołnierz wywoływał nieprzyjemny dreszcz. Stali na przystanku i czekali na tramwaj. Było mroźnie, więc z ust wydobywały się małe obłoczki pary. Byli jednak tak bardzo zajęci rozmową, że w ogóle nie odczuwali minusowej temperatury. Ciepłe uśmiechy oraz przyjemna konwersacja ogrzewały ich od środka. Wydarzenia poprzedniego dnia odrobinę wyblakły i przestały wywoływać tyle bolesnych emocji. Christine już dawno nie spędziła tak przyjemnego dnia.
Chris: Dzięki, świetnie się bawiłam. 
Gavin: My też, prawda Amy?
Amy radośnie: Taaak! 
Chris: Może jeszcze kiedyś uda nam się to powtórzyć.
Amy: Ale następnym razem pójdziemy na sanki! 
Gavin: Będzie ciężko, bo mamy tylko jedne. 
Amy: Wystarczą.. my będziemy siedzieć, a Ty będziesz nas ciągnął!
Chris parsknęła śmiechem. 
Gavin: Co w tym zabawnego?
Chris: Nic, nic… Twoja narzeczona nieźle Ciebie musztruje. 
Amy stanowczym głosikiem: Faceta trzeba trzymać krótko!
Chris: Gdzieś to już słyszałam…
Gavin: Chyba będę musiał zamienić słowo z Twoją przyjaciółką Kimberly.
Spojrzał wymownie na Chris. 
Chris: Nie wiem czy to cokolwiek pomoże. 
Z oddali dobiegło charakterystyczne zgrzytanie szyn. Na horyzoncie pojawiło się migotliwe światełko nadjeżdżającego tramwaju.
Chris: Zdaje się, że to mój, więc będę się już z Wami żegnać. 
Amy: Zadzwonię do Ciebie jak będziemy szli na sanki.
Chris: Koniecznie!
Gavin zaskoczony: Masz jej numer telefonu?
Amy przykładając palec do ust: Ciiii wzięłam dla Ciebie.
Chris uśmiechnęła się pod nosem.
Gavin patrząc na Chris: Już dawno mam. 
Chciała odpowiedzieć, że w każdej chwili może do niej zadzwonić, ale w porę ugryzła się w język. Przede wszystkim przypomniała sobie treść swojego ostatniego smsa i znowu zrobiło jej się głupio. Poza tym Gavin miał dziewczynę i wcale nie chodziło o Amy. Dzisiejszy dzień to był jedynie wspólny wypad na łyżwy. Ani razu nie dał jej do zrozumienia, że chodzi o coś więcej. Miło spędzili czas i tyle. Z opresji wybawił ją podjeżdżający tramwaj. Nachyliła się żeby pocałować Amy w chłodny policzek. Podniosła się i chciała tak samo pożegnać się z Gavinem, ale zawahała się w ostatnim momencie i jedynie nerwowo pomachała dłonią. 
Chris zakłopotana: eee… to do zobaczenia. 
Gavin: Na razie.
Odwróciła się szybko i weszła do tramwaju.


Previous // Next

Kiedy wyszli z kawiarni było już całkowicie ciemno. Zaczął padać drobny śnieg, który pokrywał wszystko swoją bielą, zachłannie pochłaniając ciemność.Trafiając za kołnierz wywoływał nieprzyjemny dreszcz. Stali na przystanku i czekali na tramwaj. Było mroźnie, więc z ust wydobywały się małe obłoczki pary. Byli jednak tak bardzo zajęci rozmową, że w ogóle nie odczuwali minusowej temperatury. Ciepłe uśmiechy oraz przyjemna konwersacja ogrzewały ich od środka. Wydarzenia poprzedniego dnia odrobinę wyblakły i przestały wywoływać tyle bolesnych emocji. Christine już dawno nie spędziła tak przyjemnego dnia.
Chris: Dzięki, świetnie się bawiłam. 
Gavin: My też, prawda Amy?
Amy radośnie: Taaak! 
Chris: Może jeszcze kiedyś uda nam się to powtórzyć.
Amy: Ale następnym razem pójdziemy na sanki! 
Gavin: Będzie ciężko, bo mamy tylko jedne. 
Amy: Wystarczą.. my będziemy siedzieć, a Ty będziesz nas ciągnął!
Chris parsknęła śmiechem. 
Gavin: Co w tym zabawnego?
Chris: Nic, nic… Twoja narzeczona nieźle Ciebie musztruje. 
Amy stanowczym głosikiem: Faceta trzeba trzymać krótko!
Chris: Gdzieś to już słyszałam…
Gavin: Chyba będę musiał zamienić słowo z Twoją przyjaciółką Kimberly.
Spojrzał wymownie na Chris. 
Chris: Nie wiem czy to cokolwiek pomoże. 
Z oddali dobiegło charakterystyczne zgrzytanie szyn. Na horyzoncie pojawiło się migotliwe światełko nadjeżdżającego tramwaju.
Chris: Zdaje się, że to mój, więc będę się już z Wami żegnać. 
Amy: Zadzwonię do Ciebie jak będziemy szli na sanki.
Chris: Koniecznie!
Gavin zaskoczony: Masz jej numer telefonu?
Amy przykładając palec do ust: Ciiii wzięłam dla Ciebie.
Chris uśmiechnęła się pod nosem.
Gavin patrząc na Chris: Już dawno mam. 
Chciała odpowiedzieć, że w każdej chwili może do niej zadzwonić, ale w porę ugryzła się w język. Przede wszystkim przypomniała sobie treść swojego ostatniego smsa i znowu zrobiło jej się głupio. Poza tym Gavin miał dziewczynę i wcale nie chodziło o Amy. Dzisiejszy dzień to był jedynie wspólny wypad na łyżwy. Ani razu nie dał jej do zrozumienia, że chodzi o coś więcej. Miło spędzili czas i tyle. Z opresji wybawił ją podjeżdżający tramwaj. Nachyliła się żeby pocałować Amy w chłodny policzek. Podniosła się i chciała tak samo pożegnać się z Gavinem, ale zawahała się w ostatnim momencie i jedynie nerwowo pomachała dłonią. 
Chris zakłopotana: eee… to do zobaczenia. 
Gavin: Na razie.
Odwróciła się szybko i weszła do tramwaju.


Previous // Next

Kiedy wyszli z kawiarni było już całkowicie ciemno. Zaczął padać drobny śnieg, który pokrywał wszystko swoją bielą, zachłannie pochłaniając ciemność.Trafiając za kołnierz wywoływał nieprzyjemny dreszcz. Stali na przystanku i czekali na tramwaj. Było mroźnie, więc z ust wydobywały się małe obłoczki pary. Byli jednak tak bardzo zajęci rozmową, że w ogóle nie odczuwali minusowej temperatury. Ciepłe uśmiechy oraz przyjemna konwersacja ogrzewały ich od środka. Wydarzenia poprzedniego dnia odrobinę wyblakły i przestały wywoływać tyle bolesnych emocji. Christine już dawno nie spędziła tak przyjemnego dnia.
Chris: Dzięki, świetnie się bawiłam. 
Gavin: My też, prawda Amy?
Amy radośnie: Taaak! 
Chris: Może jeszcze kiedyś uda nam się to powtórzyć.
Amy: Ale następnym razem pójdziemy na sanki! 
Gavin: Będzie ciężko, bo mamy tylko jedne. 
Amy: Wystarczą.. my będziemy siedzieć, a Ty będziesz nas ciągnął!
Chris parsknęła śmiechem. 
Gavin: Co w tym zabawnego?
Chris: Nic, nic… Twoja narzeczona nieźle Ciebie musztruje. 
Amy stanowczym głosikiem: Faceta trzeba trzymać krótko!
Chris: Gdzieś to już słyszałam…
Gavin: Chyba będę musiał zamienić słowo z Twoją przyjaciółką Kimberly.
Spojrzał wymownie na Chris. 
Chris: Nie wiem czy to cokolwiek pomoże. 
Z oddali dobiegło charakterystyczne zgrzytanie szyn. Na horyzoncie pojawiło się migotliwe światełko nadjeżdżającego tramwaju.
Chris: Zdaje się, że to mój, więc będę się już z Wami żegnać. 
Amy: Zadzwonię do Ciebie jak będziemy szli na sanki.
Chris: Koniecznie!
Gavin zaskoczony: Masz jej numer telefonu?
Amy przykładając palec do ust: Ciiii wzięłam dla Ciebie.
Chris uśmiechnęła się pod nosem.
Gavin patrząc na Chris: Już dawno mam. 
Chciała odpowiedzieć, że w każdej chwili może do niej zadzwonić, ale w porę ugryzła się w język. Przede wszystkim przypomniała sobie treść swojego ostatniego smsa i znowu zrobiło jej się głupio. Poza tym Gavin miał dziewczynę i wcale nie chodziło o Amy. Dzisiejszy dzień to był jedynie wspólny wypad na łyżwy. Ani razu nie dał jej do zrozumienia, że chodzi o coś więcej. Miło spędzili czas i tyle. Z opresji wybawił ją podjeżdżający tramwaj. Nachyliła się żeby pocałować Amy w chłodny policzek. Podniosła się i chciała tak samo pożegnać się z Gavinem, ale zawahała się w ostatnim momencie i jedynie nerwowo pomachała dłonią. 
Chris zakłopotana: eee… to do zobaczenia. 
Gavin: Na razie.
Odwróciła się szybko i weszła do tramwaju.


Previous // Next


Siedziały przy stoliku i czekały na Gavina. Co prawda przyniósł już zamówienie, ale poszedł jeszcze po cukier do kawy. Chris rozglądała się po sali, oglądając wystrój. Z zamyślenia wyrwała ją Amy.
Amy: Gavin zostanie moim mężem!
Chris: Naprawdę? 
Amy: Tak! Jesteśmy zaręczeni. Chcesz zobaczyć pierścionek?
Wyciągnęła rączkę ze skrzącym się turkusikiem. Chris przyjrzała mu się z powagą.
Chris: Śliczny! A opowiesz o tym jak się oświadczył? 
Amy: W sumie to ja go poprosiłam, żeby kupił mi pierścionek i został moim mężem. 
Chris rozbawiona: Przedsiębiorcza z Ciebie dziewczynka. 
Amy: Prze…sie..biorcza? 
Chris: No… że sama wykazałaś inicjatywę. 
Amy: W moim wieku nie można czekać, trzeba zadbać o swoją przyszłość. 
Chris się szczerze roześmiała.
Amy: Jesteś fajna. Jeśli chcesz możesz zostać jego tymczasową dziewczyną. 
Chris: Naprawdę mi pozwolisz? 
Amy: Tak, dopóki nie skończę 18 lat. 
Chris: Widzę, że wszystko masz już zaplanowane. 
Amy: Mhm…
Gavin podszedł do stolika.
Gavin: Coś mnie ominęło? 
Chris: Nie wiedziałam, że masz już narzeczoną. Ładnie to tak bałamucić małe dziewczynki? 
Gavin: Nic na to nie poradzę, mój urok działa niezależnie od wieku. 
Amy: Christine może zostać Twoją dziewczyną. 
Gavin: A zapytałaś Christine czy by w ogóle chciała? 
Amy: Nie! Christine chciałabyś?
Chris uśmiechnęła się i spojrzała na Amy.
Chris: Jeśli też dostanę taki ładny pierścionek, to kto wie?


Previous // Next