Nie zauważyła kiedy podszedł. Siłowała się ze swoją zapalniczką, próbując wskrzesić ogień. Zdaje się, że kolejna próba spełzła na niczym, bo wydała z siebie nerwowy pomruk. Pierwszy raz słyszał u niej taki dźwięk i wydało mu się to niezwykle urocze. Chyba pojawił się w samą porę.
Gavin: Hej. Ty palisz? Sądziłem, że rzuciłaś?
Odwróciła się zaskoczona z papierosem w ustach i spojrzała mu prosto w oczy. Cholera! Co ona z nim robiła, to przechodziło ludzkie pojęcie. Na dodatek w tej kiecce wyglądała… w sumie to zabrakło mu słów, żeby opisać to nawet w myślach. Poczuł jedynie przyjemne łaskotanie w dole brzucha.
Chris: Hej… Przyłapałeś mnie!
Zobaczył najbardziej rozbrajający uśmiech, a w jej blado niebieskich oczach pojawiły się iskierki.
Chris: Chciałam wypalić ostatniego w tym roku. Masz może ogień, bo moja zapalniczka odmówiła posłuszeństwa?
Gavin: Jasne.
Wyciągnął z kieszeni swoją benzynówkę Zippo. Nachyliła się i wtedy odurzył go jej słodki różany zapach. Zaciągnęła się głęboko, po czym powoli wypuściła dym. Westchnęła.
Chris: Matko, nawet nie wiesz jak mi tego brakowało.
Gavin: Mogę się tylko domyślać.
Przytaknęła i zaciągnęła się kolejny raz. W tym czasie sięgnął po swoją paczkę fajek i odpalił jednego. Jess będzie wkurwiona, kiedy poczuje od niego zapach papierosów. Od dłuższego czasu próbowała skłonić go do rzucenia, ale miał to teraz w dupie. Chciał się w pełni rozkoszować tą chwilą.
Gavin: Niezła impreza Wam się tu rozkręca.
Chris: No… nie wiem nawet skąd wzięło się tu tyle ludzi. Pewnie ktoś puścił farbę na fejsie.
Czuł że szczerzy się jak głupek, ale nie mógł nic na to poradzić. Ucieszył się na jej widok, nawet bardziej niż przypuszczał.
Gavin: Zanim zapomnę, dzięki za whisky.
Chris: A tak… byłam niedaleko, więc stwierdziłam że podrzucę.
Gavin: Szkoda, że nie zadzwoniłaś wcześniej.
Chris: Nie wiedziałam że będę w okolicy.
Wymienili się uśmiechami i na chwilę zawisła między nimi cisza.
Gavin: Świetnie wyglądasz.
Chris: Dzięki… Kimberly pożyczyła mi sukienkę.
Gavin: Nie miałem na myśli sukienki… chociaż też jest niczego sobie. A jak Twoja ręka?
Chris: W porządku, siniak już prawie zniknął.
Gavin: To dobrze…
Chris: No…
Zamilkli na chwilę i palili w ciszy papierosy.
Chris: W przyszłym tygodniu, będziemy grać. Wpadniesz?
Gavin: Jasne. Gdzie tym razem?
Chris: W tym nowym klubie…co byliśmy ostatnio… jak on się nazywał…*Próbowała przez chwilę odszukać nazwę w pamięci* Rockstars!
Zagwizdał cicho pod nosem.
Gavin: Jak udało Wam się tam wkręcić?
Chris: Nie wiem, Logan załatwiał. Najgorsze, że jeszcze nie podjęłam decyzji co zagramy… nie mogę się zdecydować. Też tak macie?
Gavin: Kiedyś mieliśmy z tym problem, a teraz gramy najnowsze kawałki na początku, a później dajemy najlepsze.
Chris: Sprytnie.
W tej chwili poczuł, że nic więcej do szczęścia mu nie potrzeba. Znowu mogli swobodnie rozmawiać, a między nimi zniknęło to dziwne napięcie jeszcze sprzed kilku tygodni. Coś się zmieniło. Nie wiedział do końca co, ale miał wrażenie, że to może się udać.
Tag: simblr
Nie zauważyła kiedy podszedł. Siłowała się ze swoją zapalniczką, próbując wskrzesić ogień. Zdaje się, że kolejna próba spełzła na niczym, bo wydała z siebie nerwowy pomruk. Pierwszy raz słyszał u niej taki dźwięk i wydało mu się to niezwykle urocze. Chyba pojawił się w samą porę.
Gavin: Hej. Ty palisz? Sądziłem, że rzuciłaś?
Odwróciła się zaskoczona z papierosem w ustach i spojrzała mu prosto w oczy. Cholera! Co ona z nim robiła, to przechodziło ludzkie pojęcie. Na dodatek w tej kiecce wyglądała… w sumie to zabrakło mu słów, żeby opisać to nawet w myślach. Poczuł jedynie przyjemne łaskotanie w dole brzucha.
Chris: Hej… Przyłapałeś mnie!
Zobaczył najbardziej rozbrajający uśmiech, a w jej blado niebieskich oczach pojawiły się iskierki.
Chris: Chciałam wypalić ostatniego w tym roku. Masz może ogień, bo moja zapalniczka odmówiła posłuszeństwa?
Gavin: Jasne.
Wyciągnął z kieszeni swoją benzynówkę Zippo. Nachyliła się i wtedy odurzył go jej słodki różany zapach. Zaciągnęła się głęboko, po czym powoli wypuściła dym. Westchnęła.
Chris: Matko, nawet nie wiesz jak mi tego brakowało.
Gavin: Mogę się tylko domyślać.
Przytaknęła i zaciągnęła się kolejny raz. W tym czasie sięgnął po swoją paczkę fajek i odpalił jednego. Jess będzie wkurwiona, kiedy poczuje od niego zapach papierosów. Od dłuższego czasu próbowała skłonić go do rzucenia, ale miał to teraz w dupie. Chciał się w pełni rozkoszować tą chwilą.
Gavin: Niezła impreza Wam się tu rozkręca.
Chris: No… nie wiem nawet skąd wzięło się tu tyle ludzi. Pewnie ktoś puścił farbę na fejsie.
Czuł że szczerzy się jak głupek, ale nie mógł nic na to poradzić. Ucieszył się na jej widok, nawet bardziej niż przypuszczał.
Gavin: Zanim zapomnę, dzięki za whisky.
Chris: A tak… byłam niedaleko, więc stwierdziłam że podrzucę.
Gavin: Szkoda, że nie zadzwoniłaś wcześniej.
Chris: Nie wiedziałam że będę w okolicy.
Wymienili się uśmiechami i na chwilę zawisła między nimi cisza.
Gavin: Świetnie wyglądasz.
Chris: Dzięki… Kimberly pożyczyła mi sukienkę.
Gavin: Nie miałem na myśli sukienki… chociaż też jest niczego sobie. A jak Twoja ręka?
Chris: W porządku, siniak już prawie zniknął.
Gavin: To dobrze…
Chris: No…
Zamilkli na chwilę i palili w ciszy papierosy.
Chris: W przyszłym tygodniu, będziemy grać. Wpadniesz?
Gavin: Jasne. Gdzie tym razem?
Chris: W tym nowym klubie…co byliśmy ostatnio… jak on się nazywał…*Próbowała przez chwilę odszukać nazwę w pamięci* Rockstars!
Zagwizdał cicho pod nosem.
Gavin: Jak udało Wam się tam wkręcić?
Chris: Nie wiem, Logan załatwiał. Najgorsze, że jeszcze nie podjęłam decyzji co zagramy… nie mogę się zdecydować. Też tak macie?
Gavin: Kiedyś mieliśmy z tym problem, a teraz gramy najnowsze kawałki na początku, a później dajemy najlepsze.
Chris: Sprytnie.
W tej chwili poczuł, że nic więcej do szczęścia mu nie potrzeba. Znowu mogli swobodnie rozmawiać, a między nimi zniknęło to dziwne napięcie jeszcze sprzed kilku tygodni. Coś się zmieniło. Nie wiedział do końca co, ale miał wrażenie, że to może się udać.
Nie zauważyła kiedy podszedł. Siłowała się ze swoją zapalniczką, próbując wskrzesić ogień. Zdaje się, że kolejna próba spełzła na niczym, bo wydała z siebie nerwowy pomruk. Pierwszy raz słyszał u niej taki dźwięk i wydało mu się to niezwykle urocze. Chyba pojawił się w samą porę.
Gavin: Hej. Ty palisz? Sądziłem, że rzuciłaś?
Odwróciła się zaskoczona z papierosem w ustach i spojrzała mu prosto w oczy. Cholera! Co ona z nim robiła, to przechodziło ludzkie pojęcie. Na dodatek w tej kiecce wyglądała… w sumie to zabrakło mu słów, żeby opisać to nawet w myślach. Poczuł jedynie przyjemne łaskotanie w dole brzucha.
Chris: Hej… Przyłapałeś mnie!
Zobaczył najbardziej rozbrajający uśmiech, a w jej blado niebieskich oczach pojawiły się iskierki.
Chris: Chciałam wypalić ostatniego w tym roku. Masz może ogień, bo moja zapalniczka odmówiła posłuszeństwa?
Gavin: Jasne.
Wyciągnął z kieszeni swoją benzynówkę Zippo. Nachyliła się i wtedy odurzył go jej słodki różany zapach. Zaciągnęła się głęboko, po czym powoli wypuściła dym. Westchnęła.
Chris: Matko, nawet nie wiesz jak mi tego brakowało.
Gavin: Mogę się tylko domyślać.
Przytaknęła i zaciągnęła się kolejny raz. W tym czasie sięgnął po swoją paczkę fajek i odpalił jednego. Jess będzie wkurwiona, kiedy poczuje od niego zapach papierosów. Od dłuższego czasu próbowała skłonić go do rzucenia, ale miał to teraz w dupie. Chciał się w pełni rozkoszować tą chwilą.
Gavin: Niezła impreza Wam się tu rozkręca.
Chris: No… nie wiem nawet skąd wzięło się tu tyle ludzi. Pewnie ktoś puścił farbę na fejsie.
Czuł że szczerzy się jak głupek, ale nie mógł nic na to poradzić. Ucieszył się na jej widok, nawet bardziej niż przypuszczał.
Gavin: Zanim zapomnę, dzięki za whisky.
Chris: A tak… byłam niedaleko, więc stwierdziłam że podrzucę.
Gavin: Szkoda, że nie zadzwoniłaś wcześniej.
Chris: Nie wiedziałam że będę w okolicy.
Wymienili się uśmiechami i na chwilę zawisła między nimi cisza.
Gavin: Świetnie wyglądasz.
Chris: Dzięki… Kimberly pożyczyła mi sukienkę.
Gavin: Nie miałem na myśli sukienki… chociaż też jest niczego sobie. A jak Twoja ręka?
Chris: W porządku, siniak już prawie zniknął.
Gavin: To dobrze…
Chris: No…
Zamilkli na chwilę i palili w ciszy papierosy.
Chris: W przyszłym tygodniu, będziemy grać. Wpadniesz?
Gavin: Jasne. Gdzie tym razem?
Chris: W tym nowym klubie…co byliśmy ostatnio… jak on się nazywał…*Próbowała przez chwilę odszukać nazwę w pamięci* Rockstars!
Zagwizdał cicho pod nosem.
Gavin: Jak udało Wam się tam wkręcić?
Chris: Nie wiem, Logan załatwiał. Najgorsze, że jeszcze nie podjęłam decyzji co zagramy… nie mogę się zdecydować. Też tak macie?
Gavin: Kiedyś mieliśmy z tym problem, a teraz gramy najnowsze kawałki na początku, a później dajemy najlepsze.
Chris: Sprytnie.
W tej chwili poczuł, że nic więcej do szczęścia mu nie potrzeba. Znowu mogli swobodnie rozmawiać, a między nimi zniknęło to dziwne napięcie jeszcze sprzed kilku tygodni. Coś się zmieniło. Nie wiedział do końca co, ale miał wrażenie, że to może się udać.
Szybko zdał sobie sprawę, że zabieranie ze sobą Jess na imprezę nie było najlepszym pomysłem. Długo nie mógł się od niej uwolnić i dopiero nieświadoma niczego Kimberly wybawiła go z problemu. Zaciągnęła gdzieś Jess, żeby pokazać jakąś nową torebkę, buty czy jakiś inny drogi ciuch. Mniejsza z tym, ważne że nareszcie nadarzyła się sposobność aby zagadać do Christine. Wstawał właśnie ze swojego miejsca kiedy zobaczył, że Chris przestała tańczyć i skierowała się w stronę wyjścia. Uznał to za dobry znak. Teraz albo nigdy. Ruszył za skrawkiem czerwieni, który migał mu wśród falującego tłumu.
Szybko zdał sobie sprawę, że zabieranie ze sobą Jess na imprezę nie było najlepszym pomysłem. Długo nie mógł się od niej uwolnić i dopiero nieświadoma niczego Kimberly wybawiła go z problemu. Zaciągnęła gdzieś Jess, żeby pokazać jakąś nową torebkę, buty czy jakiś inny drogi ciuch. Mniejsza z tym, ważne że nareszcie nadarzyła się sposobność aby zagadać do Christine. Wstawał właśnie ze swojego miejsca kiedy zobaczył, że Chris przestała tańczyć i skierowała się w stronę wyjścia. Uznał to za dobry znak. Teraz albo nigdy. Ruszył za skrawkiem czerwieni, który migał mu wśród falującego tłumu.
Szybko zdał sobie sprawę, że zabieranie ze sobą Jess na imprezę nie było najlepszym pomysłem. Długo nie mógł się od niej uwolnić i dopiero nieświadoma niczego Kimberly wybawiła go z problemu. Zaciągnęła gdzieś Jess, żeby pokazać jakąś nową torebkę, buty czy jakiś inny drogi ciuch. Mniejsza z tym, ważne że nareszcie nadarzyła się sposobność aby zagadać do Christine. Wstawał właśnie ze swojego miejsca kiedy zobaczył, że Chris przestała tańczyć i skierowała się w stronę wyjścia. Uznał to za dobry znak. Teraz albo nigdy. Ruszył za skrawkiem czerwieni, który migał mu wśród falującego tłumu.
Stał odwrócony do niej plecami. Nie ulegało wątpliwości, że mieli ten sam cel, więc to mogło oznaczać tylko jedno – walkę. W jej dłoniach błysnęły trójzębne sztylety, zwane sai. Zanim się odwrócił przyjęła bojową pozycję. Tajemniczy jegomość westchnął głęboko.
Z: Możesz jeszcze odejść.
Ch: Odejdę, jeśli wezmę to, co potrzebuję.
Z: I tu pojawia się problem, bo widzisz mi też jest to bardzo potrzebne. Zastanów się dobrze. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Ch: Nie będzie potrzebna. Albo oddasz mi ten dokument dobrowolnie, albo szykuj się do walki.
Roześmiał się cicho, co jeszcze bardziej ją poirytowało. Już sama propozycja była bezczelna, a co dopiero mówić o jego kpiarskim uśmieszku. Zacisnęła mocniej dłonie na rękojeściach sai. Zaraz zetrze mu ten głupi uśmieszek z twarzy.
Z: Jak sobie życzysz, ale będziesz tego żałować.
Wyciągnął zza pasa dwa zagięte sztylety. Pierwszy raz widziała takie na oczy. Podobne do maczety, ale znacznie krótsze i z ostrymi końcami. Walka zapowiadała się interesująco. Zmieniła pozycję i dała mu zapraszając gest.
Stał odwrócony do niej plecami. Nie ulegało wątpliwości, że mieli ten sam cel, więc to mogło oznaczać tylko jedno – walkę. W jej dłoniach błysnęły trójzębne sztylety, zwane sai. Zanim się odwrócił przyjęła bojową pozycję. Tajemniczy jegomość westchnął głęboko.
Z: Możesz jeszcze odejść.
Ch: Odejdę, jeśli wezmę to, co potrzebuję.
Z: I tu pojawia się problem, bo widzisz mi też jest to bardzo potrzebne. Zastanów się dobrze. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Ch: Nie będzie potrzebna. Albo oddasz mi ten dokument dobrowolnie, albo szykuj się do walki.
Roześmiał się cicho, co jeszcze bardziej ją poirytowało. Już sama propozycja była bezczelna, a co dopiero mówić o jego kpiarskim uśmieszku. Zacisnęła mocniej dłonie na rękojeściach sai. Zaraz zetrze mu ten głupi uśmieszek z twarzy.
Z: Jak sobie życzysz, ale będziesz tego żałować.
Wyciągnął zza pasa dwa zagięte sztylety. Pierwszy raz widziała takie na oczy. Podobne do maczety, ale znacznie krótsze i z ostrymi końcami. Walka zapowiadała się interesująco. Zmieniła pozycję i dała mu zapraszając gest.

































































