Tag: simblog
Stał odwrócony do niej plecami. Nie ulegało wątpliwości, że mieli ten sam cel, więc to mogło oznaczać tylko jedno – walkę. W jej dłoniach błysnęły trójzębne sztylety, zwane sai. Zanim się odwrócił przyjęła bojową pozycję. Tajemniczy jegomość westchnął głęboko.
Z: Możesz jeszcze odejść.
Ch: Odejdę, jeśli wezmę to, co potrzebuję.
Z: I tu pojawia się problem, bo widzisz mi też jest to bardzo potrzebne. Zastanów się dobrze. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Ch: Nie będzie potrzebna. Albo oddasz mi ten dokument dobrowolnie, albo szykuj się do walki.
Roześmiał się cicho, co jeszcze bardziej ją poirytowało. Już sama propozycja była bezczelna, a co dopiero mówić o jego kpiarskim uśmieszku. Zacisnęła mocniej dłonie na rękojeściach sai. Zaraz zetrze mu ten głupi uśmieszek z twarzy.
Z: Jak sobie życzysz, ale będziesz tego żałować.
Wyciągnął zza pasa dwa zagięte sztylety. Pierwszy raz widziała takie na oczy. Podobne do maczety, ale znacznie krótsze i z ostrymi końcami. Walka zapowiadała się interesująco. Zmieniła pozycję i dała mu zapraszając gest.
Stał odwrócony do niej plecami. Nie ulegało wątpliwości, że mieli ten sam cel, więc to mogło oznaczać tylko jedno – walkę. W jej dłoniach błysnęły trójzębne sztylety, zwane sai. Zanim się odwrócił przyjęła bojową pozycję. Tajemniczy jegomość westchnął głęboko.
Z: Możesz jeszcze odejść.
Ch: Odejdę, jeśli wezmę to, co potrzebuję.
Z: I tu pojawia się problem, bo widzisz mi też jest to bardzo potrzebne. Zastanów się dobrze. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Ch: Nie będzie potrzebna. Albo oddasz mi ten dokument dobrowolnie, albo szykuj się do walki.
Roześmiał się cicho, co jeszcze bardziej ją poirytowało. Już sama propozycja była bezczelna, a co dopiero mówić o jego kpiarskim uśmieszku. Zacisnęła mocniej dłonie na rękojeściach sai. Zaraz zetrze mu ten głupi uśmieszek z twarzy.
Z: Jak sobie życzysz, ale będziesz tego żałować.
Wyciągnął zza pasa dwa zagięte sztylety. Pierwszy raz widziała takie na oczy. Podobne do maczety, ale znacznie krótsze i z ostrymi końcami. Walka zapowiadała się interesująco. Zmieniła pozycję i dała mu zapraszając gest.
Stał odwrócony do niej plecami. Nie ulegało wątpliwości, że mieli ten sam cel, więc to mogło oznaczać tylko jedno – walkę. W jej dłoniach błysnęły trójzębne sztylety, zwane sai. Zanim się odwrócił przyjęła bojową pozycję. Tajemniczy jegomość westchnął głęboko.
Z: Możesz jeszcze odejść.
Ch: Odejdę, jeśli wezmę to, co potrzebuję.
Z: I tu pojawia się problem, bo widzisz mi też jest to bardzo potrzebne. Zastanów się dobrze. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Ch: Nie będzie potrzebna. Albo oddasz mi ten dokument dobrowolnie, albo szykuj się do walki.
Roześmiał się cicho, co jeszcze bardziej ją poirytowało. Już sama propozycja była bezczelna, a co dopiero mówić o jego kpiarskim uśmieszku. Zacisnęła mocniej dłonie na rękojeściach sai. Zaraz zetrze mu ten głupi uśmieszek z twarzy.
Z: Jak sobie życzysz, ale będziesz tego żałować.
Wyciągnął zza pasa dwa zagięte sztylety. Pierwszy raz widziała takie na oczy. Podobne do maczety, ale znacznie krótsze i z ostrymi końcami. Walka zapowiadała się interesująco. Zmieniła pozycję i dała mu zapraszając gest.
Księżyc świecił już wysoko. Większość zacnych mieszkańców Winderburga dawno siedziała w domach, ogrzewając się przy palenisku i bawiąc pacholęta. O tej porze jedynie szemrane towarzystwo wylegało na ulice. Bez większych problemów można było natknąć się na rabusiów, kurwy albo… złodziei.
Czekała. Obserwowała przeciwległy budynek od dłuższego czasu. Światła dawno już zgasły, ale wolała jeszcze poczekać zanim wejdzie do środka, dopóki domowników nie zmorzy ciężki sen. Za plecami usłyszała ciche kroki.
Ch: Spóźniłeś się.
L: Musiałem jeszcze załatwić coś po drodze.
Ch: Wypić piwo z kumplami?
Spojrzała na niego wymownie, dając do zrozumienia że na odległość czuje alkohol.
L: Niektóre umowy muszą być odpowiednio przypieczętowane… Inaczej tracą na ważności.
Przewróciła oczami.
Ch: I niby jak masz zamiar mnie ubezpieczać? Cuchniesz na kilometr.
L: Zmysły w dalszym ciągu mam wyczulone.
Ch: Innym nie będą potrzebne Twoje specjalne zmysły, żeby wiedzieć że się zbliżasz. Będzie lepiej jak pójdę sama. Zostań tu i czekaj na mnie.
L: Jak chcesz.
Wiedział, że nie ma sensu polemizować. Zawsze odwalała brudną robotę w pojedynkę. On jedynie zabezpieczał tyły i służył za pośrednika: załatwiał zlecenia, odbierał towar, a później wymieniał go na pełną sakiewkę. Szybka oraz prosta robota. Oczywiście zdarzały się czasami komplikacje, na przykład klient nie chciał wypłacić pełnej sumy albo wydziwiał w kwestii towaru, ale Logan miał na to swoje sposoby. Zawsze znalazł się jakiś dobry argument. Zazwyczaj bardzo ciężki argument. Tak ciężki jak jego pięść.
Księżyc świecił już wysoko. Większość zacnych mieszkańców Winderburga dawno siedziała w domach, ogrzewając się przy palenisku i bawiąc pacholęta. O tej porze jedynie szemrane towarzystwo wylegało na ulice. Bez większych problemów można było natknąć się na rabusiów, kurwy albo… złodziei.
Czekała. Obserwowała przeciwległy budynek od dłuższego czasu. Światła dawno już zgasły, ale wolała jeszcze poczekać zanim wejdzie do środka, dopóki domowników nie zmorzy ciężki sen. Za plecami usłyszała ciche kroki.
Ch: Spóźniłeś się.
L: Musiałem jeszcze załatwić coś po drodze.
Ch: Wypić piwo z kumplami?
Spojrzała na niego wymownie, dając do zrozumienia że na odległość czuje alkohol.
L: Niektóre umowy muszą być odpowiednio przypieczętowane… Inaczej tracą na ważności.
Przewróciła oczami.
Ch: I niby jak masz zamiar mnie ubezpieczać? Cuchniesz na kilometr.
L: Zmysły w dalszym ciągu mam wyczulone.
Ch: Innym nie będą potrzebne Twoje specjalne zmysły, żeby wiedzieć że się zbliżasz. Będzie lepiej jak pójdę sama. Zostań tu i czekaj na mnie.
L: Jak chcesz.
Wiedział, że nie ma sensu polemizować. Zawsze odwalała brudną robotę w pojedynkę. On jedynie zabezpieczał tyły i służył za pośrednika: załatwiał zlecenia, odbierał towar, a później wymieniał go na pełną sakiewkę. Szybka oraz prosta robota. Oczywiście zdarzały się czasami komplikacje, na przykład klient nie chciał wypłacić pełnej sumy albo wydziwiał w kwestii towaru, ale Logan miał na to swoje sposoby. Zawsze znalazł się jakiś dobry argument. Zazwyczaj bardzo ciężki argument. Tak ciężki jak jego pięść.
Księżyc świecił już wysoko. Większość zacnych mieszkańców Winderburga dawno siedziała w domach, ogrzewając się przy palenisku i bawiąc pacholęta. O tej porze jedynie szemrane towarzystwo wylegało na ulice. Bez większych problemów można było natknąć się na rabusiów, kurwy albo… złodziei.
Czekała. Obserwowała przeciwległy budynek od dłuższego czasu. Światła dawno już zgasły, ale wolała jeszcze poczekać zanim wejdzie do środka, dopóki domowników nie zmorzy ciężki sen. Za plecami usłyszała ciche kroki.
Ch: Spóźniłeś się.
L: Musiałem jeszcze załatwić coś po drodze.
Ch: Wypić piwo z kumplami?
Spojrzała na niego wymownie, dając do zrozumienia że na odległość czuje alkohol.
L: Niektóre umowy muszą być odpowiednio przypieczętowane… Inaczej tracą na ważności.
Przewróciła oczami.
Ch: I niby jak masz zamiar mnie ubezpieczać? Cuchniesz na kilometr.
L: Zmysły w dalszym ciągu mam wyczulone.
Ch: Innym nie będą potrzebne Twoje specjalne zmysły, żeby wiedzieć że się zbliżasz. Będzie lepiej jak pójdę sama. Zostań tu i czekaj na mnie.
L: Jak chcesz.
Wiedział, że nie ma sensu polemizować. Zawsze odwalała brudną robotę w pojedynkę. On jedynie zabezpieczał tyły i służył za pośrednika: załatwiał zlecenia, odbierał towar, a później wymieniał go na pełną sakiewkę. Szybka oraz prosta robota. Oczywiście zdarzały się czasami komplikacje, na przykład klient nie chciał wypłacić pełnej sumy albo wydziwiał w kwestii towaru, ale Logan miał na to swoje sposoby. Zawsze znalazł się jakiś dobry argument. Zazwyczaj bardzo ciężki argument. Tak ciężki jak jego pięść.








































































